niedziela, 12 marca 2017

Czy potrzebne są nam parki?

Katarzyna Krzykawska
("Projektor" - 2/2015)
Fot. Wojciech Habdas
Bezpieczne położenie, życiodajna woda i rosnące dzięki niej rośliny – to nierozłączne elementy w lokowaniu osad ludzkich od początków cywilizacji. Czy jest to palma przy pustynnej oazie, zwisające ogrody w Babilonii, gaj oliwny w Grecji, czy patio w rzymskim domostwie; zieleń pojawia się wszędzie tam, gdzie osiedla się człowiek, bo oznacza pożywienie, cień i odpoczynek.

W dynamicznie rozwijających się miastach przemysłowych dziewiętnastowiecznej Anglii i Ameryki pierwsze parki miejskie miały być antidotum na chaos i zło płynące z urbanizacji. Nazywane „pleasure grounds“ świadczyły o dbałości zarządzających miastem „.. dla publicznej zabawy, otwarte dla wszystkich grup społecznych, urządzane za pieniądze publiczne i utrzymywane za pieniądze publiczne, ku uciesze codziennej wszystkich“ (Andrew J. Downing, H. Ophuis, „Do we still need parks?”, w: „Parks. Green urban spaces in European cities”, Munich 2002), były dumą miejską. I dzisiaj parki zwykle kojarzymy pozytywnie – z dzieciństwem, zabawą, spacerami, karmieniem ptaków. z wiekiem szkolnym, kiedy na wagary wybywało się na zieloną trawkę, z pierwszymi randkami, potem z rodzinnymi festynami, relaksem i odprężeniem. Po historycznych rynkach i miejscach handlu to najważniejsze przestrzenie publiczne; Planty w Krakowie, Łazienki w Warszawie czy Park Staszica w Kielcach, to ulubione miejsca spotkań i więcej – element tożsamości miasta. Zazwyczaj wolimy parki stare – po pierwsze, są w dobrych lokalizacjach (kto dzisiaj oddałby drogi grunt w centrum pod jakieś drzewa?), po drugie, mają logicznie zaprojektowaną strukturę: aleje główne, ale i miejsca kameralne, często wkomponowane elementy z wodą: stawy, sztuczne jeziorka, fontanny i po trzecie, są w nich pełne energii, majestatyczne stare drzewa.

Problem w tym, że o ile galerie handlowe wybuduje się relatywnie szybko, to na takie drzewa trzeba czekać kilkadziesiąt lat, a tak długiej perspektywy w planowaniu przestrzennym dzisiejsze władze nie lubią. Miasta skarżą się na deficyt ziemi pod zabudowę mieszkaniową – w związku z tym, w ostatnich dekadach nie zakładano parków w większości miast polskich. Mało tego, tereny zielone, nie objęte ochroną konserwatorską „wyjadane” są kęs po kęsie przez tzw. inwestorów. Pytanie zasadnicze – czy nowe parki miejskie są jeszcze dzisiaj potrzebne? Może wystarczą małe skwery, albo ogrody wertykalne?

Kielce są w szczęśliwym posiadaniu sporej ilości zieleni, kilku rezerwatów na swoim terenie i planowanego Ogrodu Botanicznego; nie jest to też duża aglomeracja o gęstej zabudowie i mieszkańcy stosunkowo blisko mają otwarte tereny. Ale w przypadku Warszawy, Krakowa czy Poznania większe obszary zazielenione w nowych dzielnicach nie pojawiają się w ogóle, a miejsca, które na mapach dawnych planów przestrzennych (niestety w większości, tych sięgających połowy lat dziewięćdziesiątych) rezerwowane były na zieleńce, już dawno są zabudowane sklepami, albo parkingami. Szkoda, ale tej luki w zrównoważonym planowaniu miast już się nie nadrobi. Bezosobowa, przypadkowa tkanka miejska powstała od połowy lat 90. aż po czasy współczesne, pozostanie jako ślad nieprzemyślanych, krótkowzrocznych inwestycji i obraz żarłocznego kapitalizmu nastawionego na szybki, bezrefleksyjny zysk. Przy takiej polityce większe obszary zielone w miastach nie mają szans. Jedyną perspektywą na zmianę jest budzące się powoli poczucie obywatelstwa miejskiego i partycypacji społecznej w decyzjach dotyczących przestrzeni miasta. W książce „Anty – Bezradnik przestrzenny: prawo do miasta w działaniu” (Megler L., Pobłocki K., Wudarski M., Fundacja Res Publica 2013) autorzy przytaczają szereg przykładów organizowania się społeczności lokalnych w stowarzyszenia i inne „ciała“ polityczne, które mają szansę wpływać na losy ważnego dla nich fragmentu miasta (spór o Park Rataje i Sołacz w Poznaniu, Stowarzyszenie Modraszek broniące terenu Zakrzówka w Krakowie). Z tejże, rozprowadzanej darmowo książki, dowiadujemy się o sprzecznościach i labiryntach prawnych oraz np. o ustawowym obowiązku gminy w udostępnianiu mieszkańcom uchwalonych przez radę studium i planów miejscowego zagospodarowania terenu; wyrysów i wypisów z tegoż. „Anty - Bezradnik” zakłada pomoc ruchom demokracji miejskiej przez podanie konkretnych prawno-proceduralnych podpowiedzi; wszystko to w ramach protestu przeciwko systematycznemu wykluczaniu mieszkańców z kształtowania środowiska, w którym żyją.

Sytuacja nie jest prosta, bo tradycje polskie w demokracji miejskiej są niewielkie. Pojęcie kultury miast jest u nas stosunkowo młode; rzadko rodzina mieszczańska sięga dalej niż trzy pokolenia wstecz. Ale właśnie w ostatnich dekadach rośnie znaczenie społeczności miast, tworzącej coraz wyraźniej klasę średnią. Tam też bardzo dynamicznie ścierają się wizje na temat kształtowania przestrzeni wspólnych, ich zależności politycznych i finansowych, zarządzania i estetyki. Coraz mocniejsze są ruchy miejskie, organizacje zrzeszające grupy osób walczących o prawo do współdecydowania o kształcie ich bezpośredniego otoczenia wbrew interesom deweloperów, lokalnych polityków czy innych sił, za którymi stoi zysk z wydartych terenów wspólnych. Bardzo często są to parki, zieleńce, skwery, place zabaw, ogródki działkowe.

Smutną obserwacją jest fakt, że mimo krytykowanej siermiężności osiedli epoki komunizmu, przestrzenie zielone zajmowały o wiele większy obszar niż we współczesnych zabudowach. W powojennej Warszawie jednym z elementów urbanistycznego planowania miasta były kliny nawietrzające, które miały pełnić rolę „wentylatora“ miasta (B. Brukalska, „Zasady społeczne projektowania osiedli mieszkaniowych”, 1948). System stołecznej zieleni miejskiej planowano tak, żeby parki osiedlowe, pasy zieleni w poszczególnych dzielnicach łączyły się z podmiejskimi lasami i terenami otwartymi. Dziś wiemy, że to sytuacja optymalna dla zrównoważonego, ekologicznego rozwoju osad ludzkich – połączenia takie pomagają nie tylko w usuwaniu zanieczyszczeń powietrza z miasta, ale również przyczyniają się do swobodnego i przyjaznego przemieszczania się zwierząt, ptaków i ludzi zamieszkałych w tkance miejskiej.
Połączony system zieleni w naturalny sposób uwzględnia wody powierzchniowe i sprzyja gospodarce zarządzania wodą w mieście; tereny zielone stanowią naturalnie przepuszczalne i biologicznie czynne nawierzchnie. Do idei rozsądnego gospodarowania wodą wraca się w postulatach ekologów na całym świecie – wykorzystuje się wody opadowe przefiltrowane przez przyuliczne rabaty i drzewa do dalszego użytku, tak jak np. w rewitalizacji w kanadyjskiego King Street w Kitchener. (K. Herman, „Zielone Debaty: podsumowanie”, 2014) . Moda na betonowanie i brukowanie polskich miast w imię przebudowywania i ogólnego „robienia porządków“ w nikłym stopniu uwzględnia tworzenie rabat czy zwyczajnych trawników. Po uszczelnionych powierzchniach woda raczej spływa niż wsiąka głęboko w grunt, nie może więc dziwić fakt, że wiele drzew, którym projektanci rewitalizowanych placów łaskawie zostawiają mały krąg ziemi wokół pnia, masowo wysycha. Niestety, dotyczy to nie tylko nowo sadzonych drzew, ale starych okazów, które dobrze sobie radziły przez dziesięciolecia, żeby wreszcie polec w walce z brukiem. 

W rewaloryzacji i pielęgnacji drzew popełnianych jest też wiele innych grzechów; jednym z cięższych jest idiotyczna chirurgia starych drzew w imię bezpieczeństwa. Nadmiernie przycięte, okaleczone drastycznie zmniejszają swoją witalność a często nie wytrzymują takich operacji nie mogąc odbudować listowia. Takie kikuty dodatkowo obniżają wartości krajobrazowe w starych zespołach zabudowy (np. przycięcia drzew na Szlaku Architektury Drewnianej w Małopolsce). Nagminne są też pomysły, żeby rodzime, sprawdzone w naszym klimacie odmiany zastępować gatunkami obcymi, rzekomo bardziej eleganckimi, niskimi drzewkami. Niestety, pokazuje to często brak kultury wizualnej i wyczucia proporcji – wykształceni architekci krajobrazu wiedzą, że dobór korony drzewa zależy od skali architektury, a drzewa są takimi samymi elementami tworzącymi krajobraz miasta, jak budynki. Stare miejsca rozpoznaje się między innymi po zespołach drzew. I tu pozwolę sobie na słowo o ważnych dla zieleni miejskiej a często pomijanych w dyskusjach cmentarzach. W starych miejskich cmentarzach prawie zawsze logistykę orientacji w terenie tworzyły aleje i kwartały z charakterystycznymi drzewami, które pomagały trafić do grobu bliskich. Cmentarze, początkowo na obrzeżach, potem wchłaniane przez rozrastająca się miasta widoczne były z daleka poprzez dominujący starodrzew (Cmentarz Stary w Kielcach); charakterystyczny był również mech porastający leciwe nagrobki, pnącza na murach, typowe dla naszej strefy geograficznej paprocie i jeszcze do niedawna żywe kwiaty na samych grobach – wszystko to sprawiało, że cmentarze miejskie miały specyficzny, w pewnym sensie romantyczny klimat zintegrowania natury z miejscem pamięci o umarłych. W tym sensie można uznać cmentarze za parki, tym bardziej, że w tradycyjnych założeniach oprócz głównej funkcji grzebania zmarłych zaczęły pełnić rolę miejsc kultury i pamięci (Pere Lachaise w Paryżu).

Ludziom zaczęły przeszkadzać drzewa na cmentarzach, rzekomo szkodliwe dla nagrobków. Nie tylko stare, ale każde drzewa, z których spadają liście „brudzące“ wybłyszczone, złocone pomniki. Zadziwiające jest, że całymi dziesiątkami lat rodziny gromadziły się przy grobach w towarzystwie sąsiadujących drzew, liście spadały, jak to liście, czas mijał i nikomu to nie przeszkadzało aż po lata dwutysięczne. Zaraza sadzenia „czystych“ i szybkich we wzroście tui rozprzestrzeniła się po całym kraju. Czy nikt nie zauważa, że cmentarze z wyciętymi drzewami wyglądają w krajobrazie sztucznie i obco?

W ślad takich mód producenci i plantatorzy zalewając Polskę nierodzimymi roślinami: tujami, berberysami, pięciornikami, irgami, które przeważają w zagospodarowaniach miejskich, czyniąc je coraz mniej zindywidualizowanymi. Nawet trawniki zaczynają być problemem, na ich miejsce pojawiają się żwirki i barwiona kora – wszystko, co minimalizuje wysiłek opieki nad ziemią w moim rolniczym kraju.

Paradoksalnie, w dużych miastach, głównie w Warszawie praktykuje się coraz żywiej miejskie rolnictwo (w skrócie: samodzielne sadzenie warzyw w donicach na balkonie, albo na wygospodarowanym przez miasto terenie „niczyim“); słyszy się o miejskiej zielonej partyzantce (nielegalne bomby zasiewowe na terenie miasta), pojawia się Parque-ing Day (ogrody tymczasowe na miejscach parkingowych) i inne, zwykle skopiowane z zachodnich aglomeracji tendencje ekologiczno-środowiskowe. To oczywiście bardzo dobrze i nie zaszkodzi, ale trzeba zauważyć, że sytuacja polska jest inna. Jesteśmy narodem bardzo silnie związanym z ziemią pochodzeniem, krajem, w którego jedną z największych wartości – choć widocznych głównie dla przyjezdnych- jest duża ilość przyrody, lasu, przestrzeni. Z perspektywy mieszkańca Holandii, w której nie ma ani wiorsty ziemi nieukształtowanej przez człowieka – to luksus i tam, w systemie chemicznego przemysłu rolniczego, sadzenie warzyw ma inny wyraz i sens. U nas pozostały jeszcze cudem obronione ogródki działkowe i o nie, moim zdaniem, naprawdę warto zawalczyć. Na ostatnie ogródki działkowe w śródmieściu Krakowa inwestorzy mieli chrapkę od lat; na razie się nie udało.
Ale zespołowi nowoczesnych budynków zbudowanych na wybetonowanym terenie byłej bazy PKS, po drugiej stronie ulicy nadano nazwę „Grzegórzki Park“ – jak mniemam, uprawomocniają tę nazwę ogródki właśnie, bo na terenie „Parku“ od lat nikt nie widział żadnych drzew prócz zasadzonych po skończeniu budowy krzaków obok parkingu. 

Reasumując – zadam pytanie godne inwestora: czy zieleń w mieście ma wartość?

Odpowiedź jest pokrętna: obserwując zmniejszające się zieleńce wykupywane przez spółki budowlane pod zabudowę: metr kwadratowy parku równy jest metrowi kwadratowemu każdego gruntu w tej lokalizacji. Ale obserwując nazwy powstałych na tej ziemi osiedli: zielone, zaciszne, parkowe, wrzosowe, sosnowe – nie można uciec od wrażenia, że deweloperzy zdają sobie jednak sprawę z wartości, jaką ma bliskie sąsiedztwo przyrody. Jest to wartość pozytywnych skojarzeń, którymi manipulują w komercyjnej rozgrywce. W rzeczywistości epitety te zwykle są kłamstwem i inspiracją do wizualizacji rodem z Arkadii.