środa, 1 lutego 2017

Sobie rysuję... (Mateusz Stradomski, Muzeum Historii Kielc)

Izabela Łazarczyk-Kaczmarek
("Projektor" 3/2014)
Małe formatem rysunki Mateusza Stradomskiego („Sauté”) w Muzeum Historii Kielc to niepozorna – wydawać by się mogło – wystawa. Przyglądając się bliżej ołówkowym pracom, nie sposób nie zauważyć jednak ich niewymuszonego charakteru. 

Prowadzona pewnie kreska, pozwala na uchwycenie cech portretowanych, czasem żartobliwie osób. Artysta świadomie, niekiedy jak się wydaje na pograniczu karykatury, ujawnia na kartce papieru oszczędne w stylu postaci. Nie ma tu zbędnych elementów, wszystko wydaje się przemyślanym zabiegiem i selekcją. Czasem zabawne, czasem przerysowane, uwydatniają – poprzez pewną sumaryczność – osobowość. Ostrą, prowadzoną pewnie linią, unaocznia kreowane postaci, dopowiadając ich sylwetki kubizującymi niekiedy formami. Z jednej strony pewna szkicowość rysunku z drugiej wprowadzanie przemyślanych detali, stają się wielorakim spektrum poszukiwań.

Takie rozwiązania formalne wprowadzają ciekawy i często zaskakujący efekt, pozwalając jak się wydaje wydobyć „inność” każdej sylwetki. Czasem uwagę zaprząta jedynie detal, wąsy, włosy czy element stroju. Stają się one jakby znakiem, cechą charakterystyczną i niemal nadrzędną. Równocześnie „sobie rysuje” powoduje, że zaczynamy się zastanawiać czy właśnie taki wybór „cech” czy „dopowiedzeń” rysowanych modeli nie jest próbą zapisu tego co chwilowe, tego co pojawia się często przy tzw. „pierwszym wrażeniu”. 

Z drugiej strony kreowane sylwetki zdają się być skończone, jakby dopowiedziane cechami zauważonymi przez artystę. Patrząc w ten sposób, na ołówkowy zapis, zostajemy wrzuceni w intymną przestrzeń odbioru, w instynktowne, podświadome postrzeganie autora. Ta pewna przewrotność, łączenie tak wielu charakterystycznych dla własnego artystycznego osądu wyborów sprawia, że zaczynamy przyglądać się im bliżej, szukając wszystkich wyrysowanych w postaci detali. Prace Stradomskiego pomimo niewielkich formatów nie pozostawiają niedosytu. Po obejrzeniu wystawy tworzą wysublimowaną całość.

Facebook nas pożera (Rysunek satyryczny, Wojewódzka Biblioteka Publiczna)


Paweł Chmielewski
("Projektor" 2/2014)
„Nie ma Cię w googlach, to nie istniejesz”. „Zapraszamy Państwa na naszą stronę internetową i do polubienia profilu na Facebooku”. „Relację z wydarzenia można obejrzeć na kanale YouTube”. „Po oświadczeniu rozćwierkali się na Twitterze”. Media społecznościowe zaczynają nas pożerać. Zaś satyrycy...

W Galerii „Interior” Wojewódzkiej Biblioteki Pedagogicznej w Kielcach, w korytarzach na I i II piętrze zawisło ponad sto prac z XV edycji Otwartego Międzynarodowego Konkursu na Rysunek Satyryczny zorganizowanego przez Lubuskie Stowarzyszenie Miłośników Działań Kulturalnych „DEBIUT” oraz Wojewódzką i Miejską Bibliotekę Publiczną w Zielonej Górze. 

Hasłem konkursu były „Medi@ społecznościowe”. 738 prac nadesłało 269 rysowników z 44 krajów. Grand Prix zdobył Jerzy Głuszek z Polski (przypominają się stare, dobre „Szpilki”). I nagrodę – Jerzy Fedro (Polska). II i III – Irańczycy: Sazed Sadeghi i Reyhane Karimian.

Największym zaskoczeniem są właśnie prace autorów z Iranu. Stereotyp – dość dokładnie utrwalany przez media tradycyjne – głosi, że to kraj zamknięty, ponury, odcięty od Internetu. Ma kilku wybitnych filmowców (głównie pracujących na Zachodzie), ale satyrycy? Warto odwiedzić taką wystawę i przekonać się, że islam ma też trochę inne, współczesne oblicze. Nie dotyczy to tylko Iranu, ale również bardzo ciekawych, obecnych na wystawie karykaturzystów z Indonezji.

Kociokwik nasz powszedni (Filip Springer, „Wanna z kolumnadą”)

Paweł Chmielewski
("Projektor" 2/2014)
Zaraza ma swoje odmiany. Najczęstsze to: ropowica pożółkła, pawiak tęczowy, wyprysk falisty, trójkąciak pastelowy (zwany też alfonsiakiem trójkątnym) i jedna z najgroźniejszych: różowe ropnie różowate (w dwóch odmianach – różowej i silnie różowej). 

Fot. Paweł Chmielewski
Czy to opis z podręcznika „Małego wirusologa”? Nie. Fragment jednego z reportaży Filipa Springera zawartych w książce „Wanna z kolumnadą”. W posłowiu Andrzeja Stasiuka czytamy: ... zazwyczaj bronię (...) tej histerii człowieczego krajobrazu. Częściowo z przekory, ale bardziej z umiłowania badziewnych cudów ludzkiej, to znaczy polskiej, kreatywności, która mnie wprawia w osłupienie i podziw. Jesteśmy narodem ekstremistów. Jesteśmy rewolucjonistami totalnymi.

Jesteśmy też pewnie narodem sarmackim. O silnie rozwiniętym instynkcie terytorialnym. Ograniczonym do bardzo małego terytorium. To, co poza nim jakieś takie wspólne, to pewnie niczyje albo tego Nowaka spod piątki, którego nie lubię. Poza tym Polacy w czterech piątych (lub nawet więcej) twierdzą, że w Polsce jest ładnie i... bardzo ładnie. Od tego zaczyna Filip Springer. Potem bada medyczny przypadek zwany „pastelozą”.

To dość przewrotna choroba. Dopada bloki, komisariaty, sklepy, przedszkola, domy kultury. Jest bardzo zaraźliwa. Rozpoczynamy śledztwo w sprawie ogniska choroby. Wielu sądzi, że zaczęło się w 1993 r. we Wrocławiu od Domu Handlowego Solpol. Architekt Wojciech Jarząbek dostał sto dwadzieścia godzin na wykonanie projektu. Złośliwi twierdzą, że gdy już wszyscy posnęli ze zmęczenia, to kolory dobrała sprzątaczka. Wrocławianie byli jednak zadowoleni. Po latach szarości PRL-u dostali coś kolorowego. I pasteloza się rozpełzła.

Zaczyna się najczęściej tak: do architekta przychodzi inwestor albo prezes spółdzielni i mówi, że ma być „pastelowo”. Co to znaczy pastelowo? Prezes na kolorach się nie zna, ale wybrała taki jego sekretarka. Kobieta. Jak wiadomo kobiety znają się na kolorach. Albo inaczej – prezes daje się przekonać, żeby jednak nie pastelowo, a lepiej zmówić projekt. Ile kosztuje projekt? Kilkanaście, dwadzieścia tysięcy. Ile?! Prezes wychodzi w przeświadczeniu, że ci artyści i architekci to całkiem powariowali. Przecież to tylko kolorki.

Mój kielecki blok jest pastelowy. Pomalowany jakieś osiem, dziewięć lat temu. Wcześniej był brązowo-ugrowy. Dokoła każdy wieżowiec, czteropiętrowiec jest inny. Takiego kociokwiku mogą nam pozazdrościć spółdzielnie w innych miastach. Dwa lata temu lokalna „Gazeta Wyborcza” ogłosiła konkurs na najładniej i najgorzej pomalowany blok. Jeden z jurorów stwierdził, że w Kielcach trzeba by nominować całe osiedla: Na Stoku, Świętokrzyskie i Słoneczne. 

O czym jest jeszcze „Wanna z kolumnadą”? O gargamelach, dziwnych piramidach, rzekach w środku miast, które znikają i o grodzeniu. Polaków opanowała mania płotów. Podobno w ogrodzeniach jesteśmy europejską czołówką. Springer chodzi i pyta czy ogrodzenia chronią. Każdy wchodzi, wychodzi, ochroniarze się nudzą, ale mur musi być. Trochę jak w „Zemście”. Tu ujawnia się ten instynkt terytorialny. Zagadnięci najczęściej odpowiadają, że to sąsiedzi z bloku obok podrzucali im śmieci.

Deweloperskie raje to kolejny rozdział. W zbiegu Warszawskiej i Krasickiego (już zdekomunizowanego) stały przez trzy lata dwa dziwaczne domy. Wraz ze ścianami były szerokie może na trzy metry, a długie na kilkanaście. Myśleliśmy, że w takich kiszkach nikt nigdy nie zamieszka. Deweloper w końcu jednak sprzedał mieszkania. Budynki są koszmarne. Autor „Wanny...” rozmawia z mieszkańcami takich edenów, tonie w błocie i ze smutkiem patrzy na dzieci, które taplają się w mokrym piasku. Może poszłybyście na lody? To ponad pół godziny drogi. Nikomu się nie chce. Do centrum miasta jest ponad piętnaście kilometrów. Kilka samotnych, rachitycznych drzewek rośnie na skraju budowy kolejnego osiedla. W folderze było pięknie.

Uczeń w polskiej szkole (podstawówka i gimnazjum) ma przez dziewięć lat 255 godzin plastyki. W Rumunii dwa razy więcej, w Czechach ponad sześćset. Jadąc na południe lub zachód przeżywamy nagle szok. Czegoś nam brakuje. Czego? Reklam.

Zaledwie dziesięć procent (szacunek optymistyczny) banerów i bilboardów jest w Polsce wieszanych legalnie. Z rozbrajającą szczerością pracownica jednej z agencji mówi Springerowi, że dopóki mandaty nie przekraczają kosztem „potencjalnej oglądalności”, to nic się nie zmieni. Autor dzwoni, zaczepia, wypytuje. Odpowiedzi są rozbrajające: to za to trzeba płacić? Inni wieszają, to ja też powiesiłem. Powiesiliśmy, niech wisi i czekamy czy ktoś się do nas zgłosi po pieniądze. Na zdesperowanych przeciwników reklamowego wodospadu patrzy się jak na straceńców lub wariatów.

Świetna książka. Jaki z niej morał? Przytoczę pewną historię. W ostatnim rozdziale Filip Springer opisuje jak zafascynowały go internetowe grupy i fora obywatelskiego sprzeciwu. Założył grupę protestującą przeciw zajmowaniu chodników przez samochody. Robił zdjęcia, zbierał fanów. Po jakimś czasie został wezwany na komisariat. Przesłał zdjęcia więc miał podpisać kilkadziesiąt protokołów i stawić się na wszystkich rozprawach jako świadek. Za nieobecność będzie kara, bo to obrażanie majestatu Rzeczypospolitej. Policjant był wyraźnie uradowany i wrócił do przerzucania papierów.

Filip Springer, „Wanna z kolumnadą”, s. 247, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.

Artifical life (Przemysław Suliga, Muzeum Historii Kielc)

Izabela Łazarczyk-Kaczmarek
("Projektor" 2/2014)
Pierwsze wrażenie Ryszard Winiarski, drugie Henryk Stażewski – takie skojarzeniowe klisze przywołuje wystawa Przemysława Suligi w Muzeum Historii Kielc. Ta niewielka prezentacja wydaje się być cytatem z w/w artystów, a tytuł „Synchronia – Struktura” staje się jedynie kierunkiem, w którym powinien podążać widz.

Zaprezentowane na wystawie geometryczne formy czarnych czworokątów z wpisanymi weń wypukłymi elementami kwadratów, przywołują reliefy związanego z holenderskim „De Stijl” Stażewskiego, którego rudymentarne formy pionów i poziomów tworzyły strukturę – „siatkę” obrazu. Zestawiane ze sobą niewielkiego formatu prace, których czarne tło staje się „podłożem” dla białych kwadratów, przywołują „Próby wizualnej reprezentacji rozkładów statystycznych” czy „Obszary” Winiarskiego. Różnią się jednak interpretacją od – zdawałoby się – wizualnego „pierwowzoru”. Autor wystawy (absolwent grafiki Instytutu Sztuk Pięknych UJK w Kielcach) bowiem próbuje tłumaczyć wybór takich, a nie innych środków wizualnego przekazu teorią „Artificial Life” Christophera Langtona.

Termin ten istnieje w obecnej świadomości lub nieświadomości jako używana na co dzień forma rozrywki – gry komputerowe lub symulacja pogodowa w systemach przeciw tornadom, której zadaniem jest przewidywać zjawiska atmosferyczne. Na podstawie algorytmów behawioralnych – określających, przy użyciu matematycznych wzorów zachowania jednostki Langton prowadził badania na mrówkach – „Langton ant”. Po 10 tys. „kroków” można było ułożyć wzorzec ich postępowania, które początkowo stanowiło chaotyczny obraz przemieszczania się.

Natomiast termin Artificial Life odnosi się do modeli ekosystemów, które zostały stworzone przy użyciu komputera. Po określeniu podstawowych zasad zachowania się jednostki w takim ekosystemie da się przeprowadzić symulację życia, ewolucji, rozprzestrzeniania się jednostek na danym terenie. W grach komputerowych sztucznym życiem można określić każdego przeciwnika, którym steruje komputer. Nazywa się wtedy taką jednostkę AI czyli „Artificial Intelligence”. Każda taka jednostka posiada własną sztuczną inteligencję, którą określa się przy użyciu algorytmów behawioralnych, np. jeżeli zobaczysz przeciwnika przesuń się o metr w jego kierunku.

Koncepcja ta wydaje się niejako dowodzić, że współczesny człowiek pragnie przewidzieć i kontrolować otaczający go świat, nie mniej jednak szkoda, że artysta nie pokusił się o inny nośnik wizualny, mniej czerpiący z malarstwa XX wieku.

„Nie płacz jak baba” (Weronika Rafa, Instytut Designu)

Izabela Łazarczyk-Kaczmarek

("Projektor" 2/2014)

Stereotypy, schematy przekazywane hasłowo, utarte wzorce myślowe, to problem, z którym zdaje się zmierzać Weronika Rafa (studentka grafiki gdańskiej ASP) na wystawie „Ladacznica” w Institute of Design w Kielcach.

Oszczędne w formie, operujące bielą i czernią plakaty tej młodej artystki pokazują poprzez typograficzne układy sylab i słów ważne dla autorki zagadnienia. Zestawiając kontrastowo fragmenty wyrazów, zamieniając litery, zmusza widza do zastanowienia się nad czytanym tekstem. Jak się wydaje, swobodnie zestawia ze sobą zgłoski, które w formie „układanki” nadają komentarz czytanym zdaniom.

Tytułowa ladacznica wyłania się tu ze słów jako kobieta widziana przez pryzmat uprzedzeń i uległości, walcząca jednak o własne tu i teraz. Kobieta wolna, żyjąca dla siebie, nie ulegająca wpływom. Otwarcie mówiąca o swoich potrzebach, „niekoniecznie pragnąca mieć dzieci”. Działająca w myśl własnego ja – kobieta, dla której jej własna seksualność przestaje być tabu, lecz staje się czymś naturalnym i oczywistym w manifestowaniu potrzeb. Artystka pokazuje również „postać” Madonny – jeden ze stereotypów płci pięknej. Podległej mężczyźnie-mężowi, istoty żyjącej w świecie konwenansów i gorsecie narzuconym przez społeczeństwo form. 

Równocześnie Weronika Rafa odnosi się do „męskich” stereotypów: płaczą tylko kobiety, nie płacz jak baba. Zwraca uwagę na przebrzmiałe hasła, które pomimo zmian w sposobie postrzegania obu płci w dalszym ciągu funkcjonują na co dzień. Pokazując literalnie słowem „obraz” społeczeństwa nie zmieniającego perspektywy postrzegania, lecz pod płaszczem otwartości ukrywającego gnuśność. 

Artystka stara się, jak się wydaje oddać głos swojego pokolenia, które postrzega świat w zupełnie inny sposób i choć częściowo pozbawić widza uprzedzeń. Plakat staje się tu niejako narzędziem propagandowym, mającym zwrócić „pół żartem pół serio” uwagę na problemy społeczne, których często nie chcemy widzieć. Poprzez grę słów, w lapidarnej formie udowadnia, że czasem niewielkimi środkami wyrazu można pokazać tak wiele i w tak młodym wieku.

Duch Opiekuńczy (Stanisław Baj, Dom Praczki)

Izabela Łazarczyk-Kaczmarek

("Projektor" 2/2014) 

W całej swojej dotychczasowej twórczości Stanisław Baj zwraca się regularnie ku tym samym motywom. Przede wszystkim jest to Bug, rzeka, nad którą artysta spędził młodość i w rejony, której powraca oraz matka. Nie inaczej jest na wystawie „Genius Loci” w Galerii Współczesnej Sztuki Sakralnej „Dom Praczki”.

Intymna przestrzeń natury, zapis chwilowości koloru i niejasność kształtów stają się refleksją na temat zmienności przyrody. Artysta wprowadza rozedrgane światłem przestrzenie, rezygnując niemalże z faktury i prowadząc materię malarską płasko, lekko, niemal niezauważalnie. Rozedrganie barw, kontrastujące ze sobą głównie biele i czernie, oddzielone często „linią” światła, kreują naturę jako materię zmienną, niepokojącą oraz nieprzewidywalną. 

Zapis „obrazów” znad Bugu, powtarzane z premedytacją widoki, przywodzą na myśl równoczesną powtarzalność i zmienność natury oraz jej analogiczność do życia człowieka. „Wariabilistyczna teoria przyrody”, zmienność rzeki pokazywanej pod wpływem różnych zjawisk atmosferycznych, pór roku, miesięcy staje się przedmiotem rozważań nad przemijaniem. Refleksja ta staje się jakby wstępem do refleksji o człowieku – w obrazach matki. Płótna te, zróżnicowane nie tylko paletą kolorów, ale i nieco innym traktowaniem emocji definiują niejako twórczość Baja.

Portretowana (ołówkiem bądź farbą) twarz wiekowej kobiety pokazuje prawdę o przemijaniu. Twarz, która wydaje się być zapisem linii czasu w bezpośredni, a nawet okrutny sposób pokazuje ostatni etap życia. Na płótnie prezentowany kontrastem ostro i miękko prowadzonych linii, wydobywających mimikę i rysy bohaterki.

Przedstawione w „Domu Praczki” obrazy nostalgicznie wprowadzają widza w rozważania nad egzystencjalnym niepokojem człowieka. Tytułowy Genius Loci – Duch Opiekuńczy, to jak może się wydawać próba pokazania przez artystę wyjątkowości rodzimych krajobrazów, „Ducha”, ładunku emocjonalnego, którymi obdarowuje człowiek istotne dlań przedmioty czy miejsca oraz ważne osoby.

Wystawa jako inscenizacja ("Display")

Paweł Chmielewski
("Projektor" 2/2014)
Galeria "Tycjan". Fot. Paweł Chmielewski

„Display”. W podtytule „Strategie wystawiania”. Antologia tekstów wydanych przez „Universitas”. Czytamy: Większość dyskusji na temat znaczenia wystaw sztuki współczesnej umniejsza znaczenie miejsca i typu przestrzeni architektonicznej. (...) Relacje nie ukazują znaczenie przestrzeni i jej relacji z wystawianymi obiektami.

Ta przestrzeń może być inscenizacją, jak w szeroko omawianej prezentacji Tadeusza Kantora i jego teatru („Dom Praczki”). Może być kameralna, przypominająca modne od kilkunastu lat za oceanem skrzyżowanie galerii z magazynem („Tycjan”). Może wreszcie zawierać elementy nieprzystawalne, z równych dziedzin i epok historycznych (ekspozycja Łodzi Kaliskiej „Stefan i majonez”).

Instalacja Adama Garnka. Fot. Paweł Chmielewski
W zgodzie z praktyką ukształtowaną jeszcze w latach 60. i 70. sztuka opuszcza tradycyjne przestrzenie muzealne i przenosi się na peryferia do hal pofabrycznych (ekspozycje w „Bazie Zbożowej”). Wreszcie wystawa to inscenizacja dosłowna, prawie teatralna, kształtowana na oczach widza. Jak piszą Neil Cumming i Marysia Lewandowska („Od Kapitału do Entuzjazmu”): Miejsce prezentacji wystawy cechują łączące się sfery estetyki, wiedzy, promocji, praktyk społecznych i sił ekonomicznych. Oto opis plenerowych ekspozycji na placu Artystów. Do „Display” – w różnych kontekstach – będziemy jeszcze wracać.